Czy angielskiego można uczyć się samodzielnie? Oczywiście. Mamy dostęp do ogromnej ilości narzędzi i zasobów, w dużej mierze za darmo. Mamy internet, aplikacje, platformy streamingowe, gdzie możemy obejrzeć filmy w oryginale, anglojęzyczne kanały kablówki. Możliwości są naprawdę nieogarnione. Najważniejsze, znaleźć w tej mnogości coś dla siebie, coś co nas interesuje, wciąga i co polubimy. Nie przejmuj się jak ani od czego zacząć i w jakiej kolejności, nie stawiaj pytań, czy to dobra metoda. Każda przybliża cię do celu. Najważniejsze, żeby nauka nie była nudna i żmudna, znajdź sposób obcowania z językiem, który będzie ci odpowiadał.
Zacznijmy od tego, że “uczyć się” nie musi oznaczać książki, ćwiczeń, ani listy słówek. Angielski jest wszędzie. Mówi do nas z telewizji i reklam, spogląda z etykiet i opakowań, jest w nazwach produktów i firm, słyszymy go w piosenkach i filmach. Warto na początek zainteresować się tym, co nas otacza. Zacząć sprawdzać słowa, które widzimy na co dzień. Znamy je, ale nie wiemy, jak je wymawiać albo po prostu nie znamy ich faktycznego znaczenia. Więc po pierwsze, należy otworzyć oczy i uszy, i zacząć wykorzystywać, to co mamy pod ręką.
Chcemy czy nie, angielski jest częścią naszej rzeczywistości i przenika każdą jej sferę. Anglosaska kultura i język dokonuje inwazji w naszą codzienność, nasz język, zwyczaje, a nawet sposób myślenia. Ilość anglicyzmów w języku polskim narasta lawinowo, szczególnie w biznesie, handlu i technologii. W międzynarodowych korporacjach nieustannie uczymy się nowych terminów i pojęć, musi czytać i rozumieć teksty i instrukcje po angielsku. Ale anglicyzmy razem z produktami sprzedaje nam również marketing i reklama. Warto się im przypatrzeć i dotrzeć do ich źródła. Bo okazuje się potem, że posługujemy się zapożyczeniami, nie mając pojęcia, że tym samym przyswoiliśmy sobie angielskie słowo.
Warto mieć aplikację, gdzie szybko sprawdzicie zarówno znaczenie, jak i wymowę danego słowa, np Diki.pl. Diki.pl to platforma internetowa, która zbiera definicje z różnych słowników i dzięki temu daje szeroki przegląd hasło i pozwala wybrać potrzebne nam znaczenie. Dodatkowo dojdziemy tam wiele przykładów zdań, które można odsłuchać. Ale może być to cokolwiek, co mamy pod ręką, do szybkiego sprawdzenia znaczenia może być AI, Google translator czy jakikolwiek inny translator.
Jest takie pojęcie w metodyce jak immersja (immersion), czyli zanurzenie. Żeby zacząć mówić, trzeba najpierw się otoczyć językiem. Idealnie, jeżeli wyjeżdżamy za granicę i angielski jest wszędzie. Słyszymy go na ulicy, widzimy go na napisach i szyldach, znakach drogowych i informacjach w metrze. Musimy zacząć go rozumieć, żeby złożyć zamówienie w restauracji albo kupić coś w sklepie.
Nie potrzebujemy jednak wyjeżdżać, żeby przynajmniej w pewnym stopniu zafundować sobie immersję w Polsce. Wystarczy skorzystać z metod dostępnych na miejscu, filmów, lekcji native speakerów na YouTube, anglojęzycznych wiadomości w naszej kablówce. Możemy przestawić język naszego telefonu i komputera na angielski tak samo jak język wielu stron, które odwiedzamy.
Czy to sprawi, że w jakichś magiczny sposób zaczniemy mówić? Nie. To dopiero początek. To jest ta woda, do której trzeba wejść i w którą się zanurzyć, zamoczyć i zacząć w niej brodzić, chlapać i pluskać, jednak nie nabędziemy w ten sposób umiejętności pływania. Pływanie to nie tylko unoszenie się na wodzie, to także technika, a więc ćwiczenie i praca. I niestety, nie powiem tutaj nic cudownie odkrywczego: żeby opanować jakąś umiejętność, trzeba w to włożyć wysiłek.
Praca nad językiem nie musi jednak oznaczać siedzenia nad podręcznikiem, robienia ćwiczeń i nauki pamięciowej. Uczyć można się wszędzie, w każdej chwili, sprawdzając słówka, czytając kawałek tekstu albo słuchając podcastu. Chodzi o to, żeby angielski nam zawsze towarzyszył, żeby zawsze był pod ręką i żeby poświęcić mu nawet kilka minut dziennie.
Input i output to są kolejne dwa pojęcia związane z teorią nauczania. Żeby zacząć mówić, potrzebny jest najpierw input. Trzeba się najpierw języka nasłuchać, nawdychać, napić. Najpierw należy się osłuchać, czytać, zacząć obcować z językiem. Musimy zaabsorbować jego ogromną ilość. Angielski raz ani nawet dwa razy w tygodniu da nam niewiele, jeśli nie stanie się częścią naszego życia na co dzień. Angielski powinien być z nami wszędzie i mówić do nas zewsząd.
Moi uczniowie pytają: jaką korzyść odniosę ze słuchania wiadomości albo oglądania filmów, których nie rozumiem? Tak, to również może coś dać, pod warunkiem, że nie traktujemy tego jak wkładanie podręcznika pod poduszkę, czyli że nasiąkniemy jego treścią w jakiś magiczny i automatyczny sposób bez świadomego wysiłku. Wiadomości, przynajmniej przez chwilę, trzeba oglądać świadomie, starając się wychwycić pojedyncze słowa, które znamy. Wiadomości w telewizji zwykle wyświetlane są również na pasku u dołu ekranu. Film możemy ustawić z napisami. To daje nam szansę, sprawdzenia pojedynczych słówek, które wydają nam się ważne. Rozumienie to nie zawsze sięganie do gotowej wiedzy, to kombinowanie, zgadywanie, nadpisywanie pustych miejsc. To jedna z technik uczenia.
Materiały z kolei, które rozumiemy i znamy, możemy słuchać na zasadzie wielokrotnych powtórzeń. Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz. Wtedy mamy szansę zapamiętać słowa, wyrażenia albo całe zdania. Ten sposób nauki naśladuje życie, kiedy wielokrotnie słyszymy to samo. Pracujemy na przykład w barze albo w kawiarni, słyszymy i zapamiętujemy powtarzające się te same zwroty i wyrażenia. Taki rodzaj nauki jest wyjątkowo skuteczny, ja zawsze porównuję to do kawałka piosenki, który wręcz przykleja się do mózgu, nie mówiąc o sloganie z reklamy, którego w ogóle nie chcemy pamiętać, a który nawiedza nas godzinami.
Czy w ten sposób zaczniemy mówić? Nie. Input to jedno, output, czyli produkcja, to drugie. Mało tego, stosunek jednego do drugiego musi być co najmniej jak 100 do 10 (porównanie obrazowe, nikt tego nigdy nie wyliczył). Sam fakt, że nauczycie się słówka albo zrobicie ćwiczenie nie przełoży się na wasze zdolności komunikacyjne. Lektura kodeksu drogowego i zdanie egzaminu nie uczyni nikogo kierowcą. Do tego są potrzebne są wyjeżdżone godziny. Tak samo przeczytanie podręcznika do gry na gitarze i nawet nauka chwytów nie sprawi, że zaczniemy grać. Opanowanie umiejętności to godziny i godziny ćwiczeń. Gry na gitarze możemy uczyć się sami w domu, do mówienia potrzebny jest drugi człowiek. Ogromnie pomaga, jeśli musimy i możemy komunikować się po angielsku na co dzień, w pracy, ze współlokatorem. To sytuacja idealna. Nie każdy ją ma, ale chodzi o to, żeby korzystać z każdej nadarzającej się szansy i wchodzić w takie sytuacje, zamiast ich unikać.
Ale mówienie możemy również ćwiczyć sami, to taki suchy trening. Nie musimy mówić do lustra, mówić na głos, chociaż oczywiście to bardzo pomaga, możemy w głowie układać teksty. Wyobrazić sobie, że z kimś rozmawiamy. Możemy próbować streścić test albo film, sprawdzić, co z niego pamiętamy. Możemy rozmawiać z AI, przynajmniej pisać albo użyć do tego celu jakikolwiek inny anglojęzyczny czat. Możemy szukać kontaktów z ludźmi z całego świata, dołączyć do grup na Facebooku albo nawet komentować publikacje na angielskich portalach. Tak, pisanie to już jest output, to jest produkcja, to jest czynne użycie języka, aczkolwiek w naszym celem jest zawsze mówienie.
Jest również wiele platform, na których można wykupić konwersacje z native speakerami z całego świata. Jeżeli jesteśmy skłonni zainwestować w naukę, zacznijmy od polskiego lektora. Potrzebny jest wam ktoś, z kim możecie realnie rozmawiać. Szukajcie lekcji w postaci konwersacji.
Jakąkolwiek formę nauki wybierzecie, pamiętajcie, że zawsze wasza bierna znajomość języka będzie przeważać nad umiejętnościami. To jest naturalne zjawisko, w ten sposób się zawsze uczymy i zawsze potrzebujemy osłuchania i zanurzenia w języku. Rzecz w tym, jak ten input przekuć w ouput i tutaj piłeczka jest po waszej stronie. Po zrobieniu prawa jazdy potrzebnych jest mnóstwo przejeżdżonych godzin, żeby za kierownicą poczuć się pewnie.
Wielu osobom w tym procesie towarzyszy lęk i stres. Dokładnie tak samo jest z językiem. Przeżywamy poczucie skrępowania i czujemy się pod presją, kiedy musimy coś powiedzieć. Chodzi o to, żeby przełamywać te bariery i nie bać się mówić.
Żeby zacząć mówić, musisz wyjść z własnej strefy komfortu. Musisz próbować. Korzystaj z wszelkich okazji, wrzuć na luz, daj sobie prawo popełniać błędy. Nie, nie będziesz brzmieć głupio, nie zbłaźnisz się – to siedzi tylko w twojej głowie. W życiu liczy się komunikacja. Czegokolwiek się uczysz – zawsze na początku nie będziesz mistrzem. Kroki i riffy możesz ćwiczyć godzinami w domu, mówienie możesz ćwiczyć tylko z drugą osobą i w życiu nie ma wielu szans, dlatego powinieneś korzystać z każdej okazji.
Nawet na lekcji uczniowie wypowiadają się niechętnie. Lubią się chować za “I don’t know”, “It depends”, “Hard to say”. Nagle nikt nie ma żadnych opinii i nic do powiedzenia. “Have you ever..?”, “No, never”. Nic się nikomu nie przydarzyło, nikt nie ma żadnych historii do opowiedzenia. To jest postawa defensywna, tak jest łatwiej, wygodniej i bezpieczniej. Tymczasem, żeby zacząć mówić, trzeba podejmować ryzyko, nawet jeżeli mamy utknąć w połowie zdania, bo brakuje słowa. Na to ostatnie są odpowiednie strategie, możesz radzić sobie parafrazą, definicją, opisem. W realnej sytuacji zawsze podejmowanie prób komunikacji jest lepsze niż milczenie i tylko taka postawa przynosi korzyści i efekty w życiu.
Uczenie się języka to też uczenie się komunikacji w ogóle. Wiele osób ma po prostu problem z mówieniem, nawet we własnym języku. Niestety, w nauce języka mają znacznie łatwiej osoby, które są w naturalny sposób rozmowne, otwarte, ekstrawertyczne. Co mają zrobić ci zamknięci w sobie? Powiedzmy to szczerze, ci zamknięci, wycofani i nieśmiali będą mieć zawsze trudniej. Pracę dostają, zawierają znajomości i robią wrażenie ci, którzy potrafią mówić. I tu nie chodzi o autopromocję, chodzi o umiejętność interakcji i nawiązania kontaktu. Więc ci nieśmiali ucząc się języka mają szansę uczyć się czegoś więcej: mówienia w ogóle, pokonywania barier i własnych ograniczeń.
Dla niektórych zadanie egzaminacyjne polegające na porównaniu dwóch obrazków jest wyzwaniem. Na wykonanie tego zadania, w zależności od egzaminu, mamy minutę albo dwie. Więc trzeba to zrobić w określonym tempie i bez namysłu. “Nie potrafię mówić o niczym”. Niektórzy tak mają, jednak w życiu umiejętność “mówienia o niczym” popłaca znacznie bardziej niż milczenie. Tak samo, jak mówienie sprawnie i szybko raczej niż wolno i z przerwami. Życie pędzi do przodu i nikt nie da nam czasu na myślenie i układanie zdań i myśli idealnych, które mają zadowolić wszystkich.
To jest jedna z najtrudniejszych spraw, z jaką spotykam się w nauce, jak otworzyć tych zamkniętych, jak sprawić, żeby poczuli się na tyle komfortowo, żeby skłonni byli do przekraczania własnych blokad i ograniczeń. A przede wszystkim sprawić, żeby zrozumieli, jak ważne jest komunikowanie się w życiu i to, żeby mówić raczej niż nie, nawet jeżeli wydaje nam się, że mówimy nie to i nie tak. Wiele osób po prostu nie chce wykonać tego wysiłku i zmierzyć się z własnymi hamulcami.
Powiedzmy sobie szczerze: nie można zacząć mówić w obcym języku nie lubiąc mówić i nie chcąc. Żeby mówić, trzeba nieustannie przełamywać własne granice, podejmować ryzyko i wychodzić poza własną strefę komfortu.
Moi uczniowie często pytają: co robić w domu? Z czego korzystać? Jakie książki kupić? Co do tego ostatniego odpowiadam zawsze: w dzisiejszych czasach można sobie oszczędzić kupowania książek. Oczywiście oprócz podręcznika realizowanego na zajęciach, jeśli się na takie chodzi. Wszelkiego rodzaju samouczki, słowniczki i inne materiały samopomocowe, moim zdaniem, w dzisiejszych czasach to strata pieniędzy, skoro mamy do dyspozycji nieograniczone zasoby internetu.
Owszem, dobrze mieć w domu jakąś książkę do gramatyki, nie zaszkodzi czasami tradycyjny papier, ołówek i gumka. Warto jednak stawiać na wydawnictwa zagraniczne. Polskie publikacje obfitują w sążniste i zupełnie niepraktyczne wyjaśnienia. Może się wydawać, że jak po polsku, to będzie łatwiej. Tymczasem to nie tylko dwa języki obce, ale dwie zupełnie różne metodologie mające źródło w mentalności i kulturze. Wyjaśnienia w podręcznikach angielskich są proste i sprowadzone do niezbędnego minimum. Często towarzyszą im obrazki i schematy. W polskich wydawnictwach wyjaśnienia są długie, zawiłe i obfitują w szczegóły. Mało tego, bardzo często są to przedruki sprzed lat, kiedy w ogóle uczyło się inaczej. Jeżeli więc chcemy coś kupić, to stawiajmy na brytyjskie wydawnictwa. Sprawdźmy, czy książka którą kupujemy, zawiera klucz, bo czasami zdarza się, że klucz to odrębna książka i oczywiście podwójna cena.
Polskich publikacji jest mnóstwo, głównie skierowane są one do młodzieży szkolnej i studentów. Są to różnego rodzaju samouczki, oferujące zwykle mnóstwo wyjaśnień. Oczywiście po polsku. Na pierwszy rzut oka tego typu wydawnictwa wydają się praktyczne i fajne: mamy pogrupowane i wyjaśnione słownictwo z różnych dziedzin, glosarium, notatki na marginesach, podpowiedzi i porady. Tymczasem kończy się to zwykle tak, że kupiona książka zalega później na półce. Być może przerobimy jeden albo dwa rozdziały. Z tego po prostu się nie da uczyć. Bo to jest nauka na sucho. Nieefektywna i nie prowadząca do celu, jakim jest jest praktyczne posługiwanie się językiem. Co więcej, nie są to publikacje wysokich lotów, polskie tłumaczenia są często nietrafne i spłaszczone.
Jestem absolutnym przeciwnikiem uczenia się słówek z fiszek, słowniczków i innych list, to przede wszystkim. Słówek nie można się uczyć z glosarium ani leksykonu. Każdy, to już trochę się łyknął języka, wie, jak wiele znaczeń potrafi mieć jedno słowo i jak bardzo te znaczenia różnią się w zależności od kontekstu. Słowa muszą żyć, oddychać pośród innych słów. Słowa mienią się znaczeniami i tylko otoczenie i całościowy sens nadaje im to właściwe. Po drugie, słowa wchodzą w kolokacje, czyli łączą się ze sobą, lubią się nawzajem, tworzą więzi bardziej lub mniej silne. Język to sieć wzajemnych zależności. Uczenie się języka po kawałku nie ma sensu.
Słów należy uczyć się w kontekście i sprawdzając w słowniku, w prawdziwym słowniku, dającym przegląd wielu różnych znaczeń. Dla zaawansowanych powinien to być słownik angielsko-angielski, dla tych mniej, albo jeśli szukamy polskiego tłumaczenia, najlepsza jest stroną jest Diki.pl. Google Translator podpowiada nam zwykle jedno znaczenie, bardzo często nie to, które jest nam potrzebne. Dwa, Google Translator to nie słownik tylko program komputerowy kojarzący ze sobą słowa na podstawie algorytmów. To również amerykańska wersja angielskiego i musimy o tym pamiętać, kiedy próbujemy odsłuchać wymowę. Wymowa amerykańska różni się pod wieloma względami od brytyjskiej, której uczymy się w Polsce. To nie tylko brzmienie poszczególnych głosek, ale także czasami inna wymowa całego słowa.
Oczywiście wszelkiego rodzaju translatory to przydatne narzędzie, jeśli chcemy się szybko zorientować w treści, a także przetłumaczyć na skróty własny tekst na angielski własny. Kiedyś te tłumaczenia były bardzo ułomne, w tej chwili muszę przyznać, że technologia poszła na tyle do przodu, że tłumaczenia, szczególnie tekstów biznesowych, naukowych, bywają bardzo udatne.
Przestrzegałabym natomiast przed bezwzględnym zaufaniem do AI. Oczywiście, sztuczna inteligencja kiedyś będzie rządzić światem, a w najbliższej przyszłości będzie odgrywać coraz większą rolę w naszym życiu. W tym momencie jednak daleka jest od ideału. AI to pleaser, stara się cię zadowolić, ale też stara się zadowolić wszelkiego rodzaju standardy, mam tu na myśli poprawność polityczną i pojęcie anglosaskiej grzeczności. Kiedy więc prosicie AI o wyprodukowanie tekstu na podstawie instrukcji, możecie dostać coś niestrawnego albo nie przylegającego do waszych intencji. A nawet gorzej, zdążyło mi się, kiedy pytałam o coś, dostawałam odpowiedzi nieprawdziwe, zmyślone, a brzmiące na tyle gładko, że można się nabrać.
No to z czego się uczyć angielskiego w domu? Przede wszystkim w internecie jest mnóstwo stron z materiałami, wyjaśnieniami, ćwiczeniami i testami. Są to zarówno strony polskie, jak i strony angielskie, ćwiczenia online, jeśli wolicie klikać, materiały do pobrania.
Czy te materiały są wiarygodne? Odpowiedź jest bardzo prosta. To, co ukazuje się na górze wyszukiwarki Google, jest tam z jakiegoś powodu. Dzieje się tak dzięki pozycjonowaniu (a jeśli ktoś wydaje na nie pieniądze, to pewnie ma kontent warty promocji), albo to kwestia popularności i ilości wejść na stronę (co też wiele mówi). Oczywiście to wciąż nie znaczy, że te materiały są pozbawione błędów. Na wielu stronach można wrzucać własne materiały i robią to nauczyciele z całego świata. Więc oczywiście należy zachować szczyptę sceptycyzmu i czujności.
Jednak przede wszystkim są to materiały za darmo i jest ich mnóstwo. Więc jest w czym wybierać. Trzeba tylko pogrzebać i poszukać, i znaleźć coś, co będzie wam odpowiadać. To jest uczenie przez działanie, aktywizowanie różnych struktur w mózgu, tworzenie skojarzeń dużo lepszych niż za pomocą czarnego druku na białym papierze.
Poza tym uczyć należy się z tak zwanych real life materials, czyli prawdziwych materiałów po angielsku. Chodzi zarówno o czytanie jak i przede wszystkim o angielski ze słuchu. To oczywiście zależy od poziomu, począwszy od B2 powinniśmy jednak być w stanie radzić sobie z tego typu tekstami. Szukajmy materiałów z dziedziny naszych zainteresowań. Bardzo pomaga, jeśli znamy kontekst i temat. Jeszcze bardziej pomaga, jeśli tekst nas interesuje i faktycznie chcemy się czegoś dowiedzieć. Język powinien być zawsze narzędziem do celu, a nie celem samym w sobie, no chyba że chcecie studiować filologię.
Zapewne najlepszym źródłem do nauki jest YouTube i lekcje nauczycieli native speakerów. Lekcje są za darmo, ale każdy kanał to w istocie biznes, wspierany przez większą platformę albo służący promocji lekcji, książek nauczyciela. Czy są przydatne? Ilość subskrypcji, wyświetleń i komentarzy mówi za siebie. Lekcje bywają różne, konkretniejsze i bardziej na luzie, niektóre zabawne i pomysłowe. Zwykle pomagają zwizualizować treść lekcji za pomocą napisów, animacji albo scenek. Ich treść dotyczy wielu tematów: słownictwa, gramatyki, wymowy, typowych błędów, wyrażeń potocznych, ale też tego, jak się uczyć (przy okazji, wiele z tego, o czym tu piszę na podstawie własnej praktyki możecie tam usłyszeć). Tak naprawdę, to, o czym jest lekcja, może być sprawą drugorzędną. Niektórzy z moich uczniów utykają na etapie wyboru. Po prostu zacznij słuchać. Cokolwiek to jest, będzie dobre. Lekcje są krótkie: 3-7 minut. YouTube to też aplikacja, którą możemy mieć przy sobie zawsze w telefonie.
Języka uczymy się przede wszystkim słuchając. To jest coś, o czym zapominamy przyzwyczajeni do nauki z podręczników. Język to mowa, a mowa to przede wszystkim dźwięk, a nie druk na papierze. “Ale ja jestem wzrokowcem” – zapomnijmy o tym. Wszyscy jesteśmy wzrokowcami, nikt nie woli słyszeć niż widzieć, w zrozumieniu zawsze pomaga wizualizacja; (angielski ekwiwalent to wizualizer), po angielsku zresztą w ogóle nie używa się tego pojęcia w taki sposób jak po polsku, my je za bardzo lubimy. Czytać i rozumieć tekst jest zawsze znacznie prościej niż rozumieć mowę. Tymczasem język przede wszystkim słyszymy. O to właśnie chodzi w życiu. Język to fonetyka, to dźwięki i zupełnie inne brzmienia. Musimy się do nich przyzwyczaić, zacząć je różnicować, ale także naśladować.
Języka na papierze uczymy się pamięciowo, języka ze słuchu uczymy się zupełnie inaczej. Słówko wydrukowane w książce możemy wkuć do głowy; coś, co tylko słyszymy, zapamiętujemy przez powtórzenia. Kiedyś ludzie snuli opowieści, w ten sposób przekazywali legendy i mity, w ten sposób tworzyli i zapamiętywali pieśni, w ten sposób powstały największe eposy ludzkości. Przez wiele wieków większość społeczeństwa nie umiała pisać, uczono się ze słuchu, przez powtórzenia. Tak uczono się modlitw, rymowanek, opowieści i przepisów kuchennych. To kompletnie co innego niż szkolne “zakuć, zdać, zapomnieć” i co innego również niż znajomość angielskiego na papierze i z podręcznika. Język to dziedzictwo oralne przede wszystkim. W taki sposób języka uczą się małe dzieci, słysząc i powtarzając. I mimo że tą dziecięcą naturalną łatwość tracimy wraz z przekroczeniem tak zwanego wieku krytycznego (definiowanego różnie), w nauce języka chodzi właśnie o słuchanie, wielokrotne słuchanie tego samego i powtórzenia. Uważam, że ta sprawa nie jest dostatecznie akcentowana współcześnie w uczeniu.
Do nauki przez uszy nadaje się wszystko, ale najlepiej żeby były to teksty które w większej części rozumiemy. Oglądając filmy i seriale ćwiczymy inną umiejętność, zgadywania i domyślania się, wypełniania treścią miejsc pustych. To może być przerobiony na lekcji listening z podręcznika ale także lekcje na YouTube. Ważne, żeby do tego celu wybierać lektora albo nauczyciela ze standardową wymową. Angielski ma bardzo wiele odmian regionalnych, idealnie byłoby oczywiście rozumieć Szkota, ale niekoniecznie musimy mówić tak jak on. Możemy do tego celu również używać filmów dokumentalnych, najlepiej jeśli znamy temat i kontekst. Cokolwiek to jest, najpierw warto obejrzeć film z napisami i w razie potrzeby sprawdzić słówka. W przypadku listeningu z podręcznika, sięgamy do tak zwanego tapescript, czyli zapisu nagrania. Warto go najpierw rozpracować, sprawdzić i wypisywać słówka, może niekoniecznie w staroświeckim notesie, może np. w Google Documents, do których mamy dostęp wszędzie. Ale to już co kto woli.
Pamiętajmy jednak, tak samo przy czytaniu tekstów, że nie musimy sprawdzać absolutnie wszystkiego. Sprawdzamy słowa, które są tego warte, ponieważ naprawdę są nam potrzebne do zrozumienia. Najpierw więc świadoma część i trochę wysiłku. A potem słuchamy raz, drugi, trzeci, czwarty. Dwadzieścia razy. Możemy również zatrzymywać po zdaniu i powtarzać za lektorem. Jeżeli przesłuchamy naprawdę wiele razy, może nam się udać technika mówienia symultanicznego razem z lektorem, bo zdołaliśmy zapamiętać całe zdania. Możemy próbować streścić i powtórzyć treść.
Powtarzanie za nagraniem to jedna z bardzo ważnych technik. Ludzie nie lubią tego na lekcji. Ale w domu, w spokoju, bez poczucia oceniania i stresu warto próbować. Wrzucamy słówko do Diki.pl albo innego słownika i najpierw puszczamy je w kółko, a potem powtarzamy za nagraniem. Uczniowie pytają: ale skąd ja będę wiedział, że wymawiam poprawnie? Będziesz wiedzieć, za którymś razem chwycisz i wyjdzie poprawnie, no chyba że masz zaburzony tzw. słuch fonematyczny, co się zdarza stosunkowo rzadko. Powtarzanie to coś jak ćwiczenie mięśni, ćwiczenie organów mowy. Nie łatwo jest skłonić mózg i usta do produkcji zupełnie obcych dźwięków i układów innych niż te zapamiętane z dzieciństwa. Nasz mózg i organizm stawiają opór. Wielokrotne powtórzenia tworzą odpowiednie ścieżki w mózgu i trenują aparat mowy. Następnie próbujmy powtarzać całe zdania.
Najciekawsze rzeczy dzieją się pomiędzy słowami i to te procesy powodują, że nie rozumiemy szybkiej mowy. To są tak zwane upodobnienia, zbitki głoskowe albo elizja, czyli opuszczenie jakiejś litery Jak ze wszystkim w życiu, także w wymowie rządzi zasada ograniczania wysiłku, tzw. ekonomia języka. Mówiąc szybko, oszczędzamy czas i energię. To się dzieje w każdym języku, tak samo w języku polskim. W języku angielskim procesy te jeszcze bardziej wpływają na brzmienie całego zdania, ponieważ słowa angielskie są krótkie, zbijają się więc w trudne do odróżnienia zbitki.
“Ale ja nie muszę brzmieć jak native speaker” – słyszę od uczniów. Oczywiście, jako nie-natywni użytkownicy języka zawsze będziemy do odróżnienia. Rzecz w tym, że to, co nam się wydaje wyraźne, czytelne i proste, dla ucha native speakera brzmi nieczytelnie, niewyraźnie i dziwacznie. No dobra, i tak mnie jakoś zrozumieją. Pytanie, czy ty zrozumiesz ich, kiedy What do you want? brzmi jak “łodźjewan”, Don’t you to „donczja”? should have done to “szudewdan “, Let me do it – “lemedułit”, I’m out – “amałt”. To jest zderzenie z praktyką życiową i tym jak ludzie naprawdę mówią, a mówią szczególnie szybko i niedbale. Jeżeli sam nie będziesz w stanie imitować tych zbitek, nie zrozumiesz innych. Dobra wiadomość jest taka, że to jest właśnie to, co doskonale można ćwiczyć w domu. Do tego nie potrzeba rozmówcy ani nauczyciela. Wymowę powinno się ćwiczyć w komfortowej sytuacji, w samotności, bez skrępowania i bez spiny. Warto się tym bawić, eksperymentować, może przesadzać, przedrzeźniać, wszystko po to, żeby się rozćwiczyć i nauczyć mózg tych nowych układów.
Jeśli jednak czujesz, że do nauki potrzebujesz ukierunkowania, potrzebujesz grupy jako motywacji albo nauczyciela jako autorytetu i rozmówcy, wybieraj rozważnie. W tym momencie na rynku znajduje się mnóstwo ofert. Platformy i aplikacje, do których dostęp jest płatny. Uważajcie na aplikacje. Aplikacje bardzo łatwo napisać, np. wrzucając kawałek książki, do której wygasły dawno prawa autorskie i kojarząc ją z jakimś słownikiem albo dla translatorem, a potem promować za pomocą reklam w mediach społecznościowych. Klikamy na słowo i dostajemy tłumaczenie, tyle tylko że czasami kompletnie nie pasujące do kontaktu. Zwykle jest jakiś okres jest próbny albo z subskrypcji można zrezygnować z subskrypcji w każdej chwili. Czasem trzeba popróbować różnych narzędzi i metod. To, co sprawdziło się u twoich znajomych, może niekoniecznie przemawiać do ciebie.
Uważaj jednak, zanim zdecydujesz się zapłacić bardzo dużo i wykupić usługę na rok, a czasami nawet na dwa albo więcej. Rynek nauki języka pełen jest cud ofert i magicznych metod. Wiele podmiotów na rynku to wielcy gracze z dużym kapitałem na agresywny marketing i promocję. Możesz zostać zaproszony na rozmowę, w trakcie której staniesz się przedmiotem prania mózgu, porównań do “tradycyjnych metod” i tego, ile zaoszczędzisz czasu i pieniędzy, decydując się na ofertę szkoły, która ma rzekomo co innego do zaproponowania. Będziesz mieć dostęp do platformy ćwiczeniami i dodatkowych konwersacji, będziesz się umawiać czasowo wymiennie i brać udział w zajęciach różnych grup. Rzeczywistość może być nieco bardziej siermiężna. A przedstawiona ci umowa zakupu kursu na raty to nic innego jak umowa pożyczki bankowej.
Niektóre szkoły żądają podpisania umowy na dwa albo trzy lata. Jeszcze bardziej uważaj, jeśli oferta brzmi nieprawdopodobnie, “Pani Jadzia z Gorlic nauczyła się niemieckiego w dwa tygodnie”, a metodę opracował jakiś profesor poliglota. To mniej więcej tak jakby ktoś obiecywał odmłodzenie w dwa tygodnie o 20 lat przy pomocy cudownego kremu. Takich metod nie ma. Powiedzmy sobie jasno. Nauka w stanie głębokiej relaksacji, nauka w stanie hipnozy, to mniej więcej tyle co włożyć podręcznik pod poduszkę. Każdy, kto coś osiągnął w życiu, wie, że zawdzięcza to ciężkiej pracy. W nauce nie ma dróg na skróty.
Oprócz tradycyjnego mainstreamowego podejścia, które reprezentują brytyjskie podręczniki i większość szkół językowych, na rynku istnieje kilka innych metod, nie cudownych, ale faktycznie innych podejść do nauki. Jedną z nich jest metoda Callana, metoda opracowana kiedyś do nauki języków dla żołnierzy armii amerykańskiej. Armia amerykańska zapewni wie, co robi, metoda Callana oparta jest na zasadzie wielokrotnych powtórzeń. Tyle tylko, że żołnierze amerykańscy to czasami to prości chłopacy, tym bardziej 50 lat temu, kiedy ta metoda powstawała. Niestety od tamtego czasu, materiały zmieniły się niewiele. Same założenia nie są złe, jednak nauka metodą Callana jest sztywna, nudna i odtwórcza. Sprawdza się na początkowym etapie i w przypadku osób, wobec których inne metody zawiodły. Wielokrotne powtórzenia na pewno pomogą zapamiętać frazy wyrażenia i całe zdania. Rzecz w tym, że trudno stąd przejść do spontanicznej produkcji językowej i radzenia sobie w konkretnych życiowych sytuacjach.
Im bardziej nas do czegoś namawiają i zalewają marketingiem, tym większy sceptycyzm sugerowałabym zachować. Jeżeli mamy wydawać pieniądze, poszukajmy lekcji prywatnych, które odbywają się na zasadzie pełnej dobrowolności i z których możemy zrezygnować w każdej chwili. Ale i tutaj musimy uważać. Ofert jest ogromnie dużo, sformułowanych bardzo różnie. Część z nich będzie również składać obietnice nie do spełnienia: “szybko i bez wysiłku”. “Angielski w trzy miesiące”. Uważajmy również na wszelkiego rodzaju “coachów językowych” i inne rozdęte, a puste frazy. Zwróćmy przede wszystkim uwagę na wykształcenie i doświadczenie nauczyciela. Nie stawiajmy na studentów, ludzi “po pobycie za granicą” (bo to zwykle oznacza że to ich jedyna rekomendacja do uczenia), dyplomy dziwnie brzmiących kierunków; szukajmy absolwentów anglistyki, z doświadczeniem w pracy lektora. Nauczyciel szkolny, nawet pracujący w liceum, może nie być najlepszą rekomendacją dla osoby dorosłej poszukującej lekcji pod specyficzne potrzeby zawodowe. Szukajmy lektorów, którzy specjalizują się w nauce dorosłych i robią to od wielu lat.
Czytajmy uważnie ogłoszenia i wybierajmy te, w których jest dużo konkretnej treści. Jeśli kandydat na twojego nauczyciela zamieszcza pięć enigmatycznie brzmiących w linijek, nie świadczy to najlepiej zapewne nie tylko o jego przygotowaniu i doświadczeniu, ale także o jego zdolnościach komunikacyjnych. Wybierajmy ogłoszenia, które brzmią przyjaźnie, ale równocześnie poważnie. Odrzucajmy oferty pakietów lekcji, lekcji w grupach i tak dalej. Mówiąc wprost, to sposób na wyciąganie pieniędzy. Ludzie rezygnują, pieniądze zostaną. Nie podpisuj także żadnych umów. To da ci możliwość manewru i możliwość rezygnacji w każdej chwili. Ten sektor oparty jest na dobrowolności i to jest jego ogromna zaleta. Ale na także dobrych zwyczajach, w postaci obustronnego nieodwoływania lekcji w ostatniej chwili. Nie gódź się na przedpłaty, depozyty i nic w tym rodzaju. Ja osobiście nigdy o nic takiego nie proszę, dla mnie sytuacja musi być czytelna: przychodzisz, bo chcesz, bo jesteś zadowolony. Nie jesteś, rezygnujesz. Co więcej, w indywidualnej pracy zawsze musi być chemia. Czasami coś nie wychodzi i obie strony muszą mieć prawo do rozstania. Niestety, a wiem to od moich prywatnych uczniów, trudno znaleźć czasami lektora, który sam nie odwołuje lekcji, albo nie zmienia nagle planów życiowych i nie znika z horyzontu. Nie zniechęcaj się jednak, zapytaj wśród znajomych i poproś o rekomendacje. Nie oczekuj darmowej lekcji próbnej. Poważny nauczyciel nie składa takich ofert, ludzie niestety mają tendencję do ich wykorzystywania. Zanim umówisz się na lekcje, możesz zadać nauczycielowi pytania. Zapytaj, z czego uczy, jakich metod używa, czy stawia na pracę w domu. Niech cię nie nie zniechęca podręcznik, z podręcznika można korzystać mądrze, a uczenie z kserokopii i linków bywa chaotyczne i nieskordynowane. Powinieneś jednak otrzymać odpowiedź, że lektor jest się w stanie dostosować do twoich potrzeb. Zadanie to dobra rekomendacja. Podejście nauczyciela powinno być rozsądnym miksem profesjonalizmu i elastyczności. Praca w domu jest ważna i motywowanie do tego uczniów jest odpowiedzialne i wskazane. Ale ile tej pracy będzie, to zawsze zależy od ucznia. Niektórzy z moich uczniów są w stanie przygotować bardzo dużo, robią samodzielnie teksty i listeningi, wyszukują w sieci informacje, które później prezentują w postaci speakingu. Inni zrobią tylko zadane ćwiczenie gramatyczne, i wiem, że zrobią to w ostatniej chwili przed lekcją. Ale zrobią i to się też liczy. Zapytaj również, czy lektor na początku określi twój poziom i zarysuje sposób pracy, powinieneś wiedzieć, od czego wychodzisz i do czego zmierzasz. Po roku pracy powinieneś przejść na wyższy poziom i twój postęp powinien być mierzalny. A przede wszystkim zobacz, jak ci się rozmawia z lektorem. Musisz po prostu polubić go jako człowieka, bo będziecie się spotykać co tydzień i powinieneś chodzić na te spotkania z przyjemnością.
Przeciętna częstotliwość spotkań to raz w tygodniu. Rzadko kto tak naprawdę jest w stanie utrzymać tempo spotkań dwa razy w tygodniu. Trzeba zawsze brać pod uwagę pracę do wykonania w domu. Ja zwykle studzę tego rodzaju zapały moich uczniów, bo wiem, że życie i tak zweryfikuje te spotkania do raz w tygodniu. Pomysły spotkań częstszych mają tylko sens, jeśli mamy jakąś pilną potrzebę, rozmowę o pracę, egzamin albo wyjazd za granicę. Nie róbcie natomiast castingu na lektora. Wiem, że ludzie umawiają lekcje próbne z różnymi osobami. To absolutnie nie ma sensu. To raczej odbierze wam motywację niż ją zbuduje. Każdy nauczyciel ma swoje podejście i nie należy tego wartościować, porównywać i wybierać jak supermarkecie, tylko zobaczyć, jak to pasuje do ciebie. Umów pierwszą lekcję i zobacz, jak się z tym czujesz. Dopiero jeśli faktycznie dojdziesz do wniosku, że lekcja jest niewypałem, wtedy szukaj dalej. Pamiętaj jednak, żeby odwołać drugą lekcję u lektora, z którego rezygnujesz. I postaraj się to zrobić wcześniej. Muszę przyznać, że największym problemem w mojej pracy z ludźmi, jest właśnie fakt, że ludzie odwołują lekcje w ostatniej chwili albo na nie w ogóle nie przychodzą (to na szczęście zdarza się rzadko). Bądź uprzejmy i grzeczny, nie masz do czynienia z firmą, masz do czynienia z drugim człowiekiem, który zaprasza cię do domu i poświęca ci czas. Staraj się to uszanować.
Nauka online, to brzmi tak wygodnie i tak nowocześnie. Tablica interaktywna, wszystkie materiały w postaci elektronicznej. Fajnie? Otóż niekoniecznie. Po pierwsze, nie decyduj się na ten rodzaj nauki, jeśli nie masz dobrego łącza, dobrego prywatnego komputera i bardzo dobrych umiejętności w tym zakresie. Bo połowa czasu i wysiłku będzie schodzić na opanowanie strony technicznej. Niekompatybilność, nie otwierające się pliki, blokady na laptopie firmowym, problemy z jakością połączenia. Nauczanie online, co więcej, jest dużo mniej angażujące, szklany ekran buduje dystans i odziera z wielu cennych informacji, takich jak język ciała i kontekst sytuacyjny. Dużo trudniej jest czytać emocje, wyraz twarzy i wszystkie niewerbalne sygnały, wspomagające komunikację. Jeżeli tylko możesz, znajdź nauczyciela w pobliżu albo z dobrym dojazdem i jednak stawiaj na lekcje face to face. Musisz oczywiście polubić zarówno osobę jak i miejsce, żeby czuć się dobrze i żeby przychodzić na te lekcje jak na spotkanie ze znajomym. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że jednym z istotnych czynników w nauce, a przede wszystkim wspomagających wytrwałość i konsekwencję, jest więź, jaka rodzi się między mną a uczniem O taką więź jest dużo trudniej na łączach.
Lekcje czy zajęcia z nauczycielem native speakerem wydają się zawsze atrakcyjną opcją. To nie tylko ekspozycja na realny angielski, ale także spotkanie z inną kulturą i mentalnością. Nauczyciele native speakerzy są zwykle bardziej zrelaksowani niż ci polscy, ze wszystkimi są na ty, mają ten luz i easy going podejście, którego bardzo często brakuje w kraju nad Wisłą. Takie lekcje mogą być na pewno ciekawym doświadczeniem, ale mają też swoje ograniczenia.
Po pierwsze, jako native speakerzy pracują ludzie z bardzo różnym wykształceniem i raczej rzadko z wykształceniem nauczycielskim, filologicznym. Bardzo często nawet nie mają przygotowania w postaci specjalistycznego kursu. Traktują to często jako przygodę i sposób zarobkowania w trakcie podróży i zwiedzania świata.
Istnieją platformy, poprzez które można umawiać się za każdym razem z innym nauczycielem native speakerem z całego świata. To oczywiście kosztuje, trzeba zapłacić z góry za jakiś okres. Brzmi interesująco? Nie wiem, czy takie się rzeczywiście jest. Oprócz rodowitego Anglika albo Amerykanina, możecie trafić na użytkowników angielskiego z kraju, gdzie angielski jest drugim w kolejności językiem urzędowym. A więc mam na myśli kraje trzeciego świata, gdzie angielskim mówi się w sposób specyficzny i ze specyficznym akcentem. Bardzo często również wymagania wobec lektorów są niskie, dlatego też nie liczmy na nic więcej niż na luźną pogawędkę. Możliwość wyboru i próbowania zapewne przemawia do mentalności młodego pokolenia, natomiast z punktu widzenia metodyki nie ma to kompletnie sensu, ponieważ nauka wymaga konsekwencji i kontynuacji. Ile razy można opowiadać, kim się jest, gdzie się mieszka i co się robi w czasie wolnym.
Native speakerzy mieszkający w Polsce, z którymi możemy umawiać się na lekcje, to też bardzo szeroka historia. Część z nich zapewne mieszka tu od dawna i pracuje na stałe w zawodzie. Inni są przelotem i niebawem wyjadą gdzie indziej. Dlatego też zwykle nie będą traktować lekcji tak samo poważnie jak polski nauczyciel. Native speaker może być dobrym wyborem pod kątem konwersacji. Nie oczekujmy jednak, że nauczy nas gramatyki, przygotuje do egzaminu albo udzieli szczegółowych wyjaśnień. Gramatyka z angielskich szkół zniknęła bardzo dawno temu, dlatego przeciętny Brytyjczyk, jeśli nie został specjalnie przeszkolony, nie ma pojęcia co to jest gerund i infinitive.
Polak czy native, dobry nauczyciel jest bezcenny i niestety trudny do znalezienia. W każdej dziedzinie w dzisiejszych czasach brakuje fachowców. Nauczanie to niewdzięczna działka, bycie samozatrudnionym tym bardziej, a tak pracuje większość lektorów. Ludzie więc uciekają do pracy za biurkiem, jeśli tylko nadarza się taka szansa. A to właśnie nauczyciel ma ogromny wpływ na nasze doświadczenie z nauką języka i naszą motywację do niej. Dlatego warto ponawiać próby i nie rezygnować z poszukiwań.
Wszystkie osoby, które chciałyby spróbować pracy ze mną, zapraszam do sekcji: Lekcje ze mną